Wydawcy idą na wojne z Google

Trwa walka o wynagrodzenie dla wydawców internetowych za to, że fragmenty ich publikacji są wyświetlane przez wyszukiwarki takie jak Google.

 
Wszystko dzieje się w Niemczech, gdzie 3 lata temu ustawodawca poszerzył prawa wydawców, którzy nie chcieli aby wyszukiwarki, bez żadnej opłaty, publikowały obszerne fragmenty ich kontentu. Nie jest tajemnicą, że w natłoku informacji, znaczna cześć użytkowników poświęca czas jedynie na przeczytanie nagłówków. Bardziej pożądana jest informacja w stylu tweetera, niż pełnowymiarowy artykuł, jakie jeszcze niedawno czytaliśmy w papierowych dziennikach.  Taka tendencja powoduje, że po przeczytaniu nagłówka w wyszukiwarce, użytkownik nie przechodzi już do strony źródłowej, nie generuje ruchu, a nie buduje w okół niej społeczności. To wpływa bezpośrednio na kondycje prasowych serwisów internetowych.
 
Od tego ogólnego prawa zrobiono jednak wyjątek, który stał się przyczyną wielkiej awantury między wydawcami i Google. Spod ogólnej zasady wyłączono pojedyncze słowa oraz….małe fragmenty. Ku zaskoczeniu wszystkich w okół, sformułowanie „małe fragmenty” stało się przedmiotem licznych interpretacji, zupełnie różnych od siebie, ale korzystnych akurat dla strony, która interpretacji się podejmowała. O tym jak twórcze może być podejście do słowa „fragment”, przekonaliśmy się niejednokrotnie na naszym rynku.
 
Spory, dyskusje, argumenty za i przeciw zaowocowały decyzją Deutches Patent-und Markenamt (odpowiednik Urzędu Patentowego),że mały fragment to 7 słów. Można się z tym zgadzać lub nie, ale jedno jest pewne, 7 słów to konkret. Wydawcy internetowi poczuli stabilny grunt w negocjacjach z wyszukiwarkami. Pomysł był dosyć prosty. W wynikach wyszukiwań i zestawieniach mogą się pojawiać fragmenty do siedem słów*, za całą resztę trzeba zapłacić. *to jest 7 słów
 
Co było dalej? Okazało się, że 90% rynku w Niemczech to Google, więc partner do rozmowy był właściwie jeden. Mało tego, partner widział ten biznes nieco inaczej. Wydawcy stanęli przed wyborem. Albo zrzekną się wynagrodzenia względem Googla, albo w znacznej mierze znikają z wyników wyszukiwania w tej wyszukiwarce. Mając na uwadze, że 90% wyszukiwań odbywa się przez Googla, to argument wart rozważenia. Ostatecznie wydawcy przystali na te warunki, dzięki czemu fragmenty ich artykułów, większe niż siedem słów, wciąż pojawiają się w wyszukiwarce bez wynagrodzenia. I po co ta zmiana w prawie?
 
Wydawcy, początkowo zapędzeni w kozi róg, ruszyli do kolejnego ataku. Wystosowali pozew o nadużywanie pozycji dominującej, argumentując, że zostali zmuszeni do zrzeczenia się wynagrodzenia. Zgodnie z niemieckim prawem, do stwierdzenia pozycji dominującej wystarczy, że podmiot ma 40% rynku.
 
Póki co, sprawa toczy się przed sądem rejonowym w Berlinie, ale nikt nie wierzy, że zakończy się na jednej instancji. Poźniej jest jeszcze Sąd Apelacyjny, w ostatniej instancji Trybunał Federalny.Nie da się z góry przewidzieć wyniku procesu, który najpewniej potrwa kilka kolejnych lat. Nie należy jednak lekceważyć tych wydarzeń. Reakcja ustawodawcy, który dostrzegł problem, działania wydawców, którzy szukają skutecznego sposobu na egzekwowanie swoich praw, to wszystko ma szanse zaowocować uczciwym i sprawnym systemem w przyszłości. A może w tej sprawie to Google ma racje? W końcu on udostępnia tylko narzędzie, które działa na korzyść zarówno użytkownika, jak i wydawców. Może dostęp do masowego odbiorcy wymaga pójścia na kompromis większy niż 7 słów?
 
 
Artykuł w ramach cyklu –  Europejskie konteksty.
(fot. Fotolia)

Skomentuj ten artykuł